Book content

Skip to reader controlsSkip to navigationSkip to book detailsSkip to footer
II
PANZKREPĄNAKA​PE​LU​SZU
Byłtrzecilipca.Brakpowietrzaiupałstałysięnie
dozniesienia.DzieńtenwydałsięWielczaninowi
najbardziejuciążliwy:całeranomusiałchodzićijeździć,
awperspektywiemiałjeszczenieuniknionąwizytę
upewnegowpływowegojegomościa,radcystanu,
najegodaczygdzieśnadCzarnąRzeczką[1].Trzebabyło
konieczniezjawićsiętamniespodzianie,abyprzyłapać
gowdomu.OkołoszóstejWielczaninowwstąpił
dorestauracji(dośćpodejrzanej,alezatofrancuskiej)
naNewskimprospekcieprzymościePolicyjnym,usiadł
wswoimzwykłymkącieprzystolikuizamówiłswój
co​dziennyobiad.
Codzieńzjadałzarubla,zawinozaśpłaciłoddzielnie,
couważałzaofiaręrozsądnieskładanąnarzeczswojego
rozchwianegotrybużycia.Dziwiącsię,jakmożnajeść
takąohydę,zmiatałjednakwszystkodoostatniej
kruszynyizakażdymrazemztakimapetytem,jakbynie
jadłprzedtemzetrzydoby.„Tomusibyćchorobliwe”
mruczałdosiebie,spostrzegającniekiedyswójapetyt.
Aletymrazemzasiadłdoobiaduwjaknajgorszym
humorze,kapeluszcisnąłgdzieśzirytacją,oparłsię
łokciamiostółizamyślił.Gdybyterazzagadnąłgoktoś,
ktojadłobiadprzysąsiednimstole,gdybyusługujący
muchłopakniezrozumiałgoodpierwszegosłowa,
Wielczaninow,zawszetakigrzeczny,akiedytrzeba
majestatycznielodowaty,zpewnościązacząłbysię
awan​tu​ro​waćni​czymjun​kierina​ro​biłbymożeskan​dalu.
Podanomuzupę,wziąłłyżkęiraptem,niezdążywszy
zaczerpnąć,rzuciłnastółiomałoniezerwałsię
zkrzesła.Uderzyłagonaglepewnaniespodziewanamyśl:
wtejchwili,Bógwieprzezjakieskojarzenie,zrozumiał
raptemprzyczynęswojejdziwnej,osobliwejudręki,która
gnębiłagoprzezcałyczasjużodkilkudni,która